Iggy Pop

Kocham ten głos z górą od trzech dekad. Towarzyszy  mej codzienności wprawiając ją w przyjemne drżenie. Jestem bezkrytyczna w przypadku twórczości Iggy Popa. Napisałam niedawno, że mógłby śpiewać cokolwiek, nawet przysłowiową książkę telefoniczną… Ale patrząc na ten klip widzę, że Mistrz jest bardzo ale to bardzo zmęczony. Widzę jego pooraną przeżyciami twarz i głęboki smutek wyzierający z każdego zakamarka. Może poszedł spać nad ranem i to nie z powodu pisania wierszy? Może kąsa go jakieś choróbsko? A może chce nam coś przekazać. Tylko, czy jesteśmy gotowi to usłyszeć?

Mirabelka

Opeth

Przywiało nową muzykę Opeth wraz z liśćmi hojnie zczesanymi z orzechów i kasztanów. Póki co, najdzielniej trzyma się akacja, oporna na zmiany. Długo nie opierałam się tym dźwiękom. Szczególnie bliskie mi są ciekawe połączenia instrumentów i nastrojów. W sumie niezły dżezik na tej płycie. Muzyka to nieinwazyjna, momentami głęboko refleksyjna, dająca przestrzeń. Są też chwile wywołujące bardziej aktywną energię ale tak akurat, bez metalowego przytłoczenia. Podoba mi się takie granie. Znajduję w nim wiele odniesień, np. do UK,  The Mute Gods… i The Beatles… Trudno po tym wszystkim wymyślić coś zupełnie nowego, niekojarzącego się z niczym. Dla mnie w ścisłej 10, może 15 płyt roku.

Moja długa nieobecność tutaj spowodowana jest aktywnością na fb oraz koncertach. Ostatnio wolę  żyć i  prawdziwie doświadczać muzyki i ludzi, niż pielęgnować blogi. Mój blog dziczeje jak ogród bez ogrodnika. Dzisiaj wkroczyłam go reanimować. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Mirabelka

† Dr. John

Dr John /11.20.1941 – 06.06.2019/  – odszedł kolejny muzyk, którego nie zdążyłam dość poznać, zanim wybył z tego świata. Większość życia związany był z Nowym Orleanem, co już nastraja pozytywnie. Był przedstawicielem  m.in. nurtu muzycznego zwanego zydeco. Dzisiaj odkrywam debiutancki album Dr. Johna z 1968 roku, który nagrał mając 26 lat. Prawdziwie żywo brzmi ta muzyka… choć stuknęła jej 50-tka!!!  Wciągam niespiesznie ten afrykańsko-indiański koktail drepcząc wokół ogniska… Znalazłam świetne paliwo na deszczowe i cudownie chłodne przedpołudnie!

Mirabelka

Variété

9 kwietnia 1994!!!

Świetne tło muzyczne, czy właściwie nie tło… W roli głównej: Muzyka! Kapitalne muzyczne smaczki! No bo teksty, to wiadomo.

Variété– prekursorzy cold wave w Polsce. Dzielnie towarzyszyli smutnym dniom i nocom w 80-ych. Załapali się na końcówkę mego późnego dorastania. Ich teksty dodawały wiary w przeżycie, a  zimne dźwięki cudownie chłodziły rozpalone emocje…

Wypada podziękować.

Dziękuję.

Mirabelka

Shawn James

Shawn James, od dzieciństwa, które spędził w południowym Chicago, nasiąkał soulem i  gospel. Jego ojcem duchowym jest Howlin’ Wolf, więc dziadkiem w takim razie musi być Robert Johnson. Jego mocny niedźwiedzi głos może przeszyć niejedno serce, a jastrzębi wzrok przeniknąć niejedną duszę.

Poniższe nagranie powstało w sanktuarium wilków w Kolorado, przy wtórze pobratymców.

Mirabelka

Greenleaf

Ta muzyka jest w sam raz na grudzień. Gdy nastał zimny ciemny czas. Ona nas przeprowadzi przez zamarzniętą krainę bezpiecznie, z dala od poganiacza mrożonych serc. Uważajcie na tego tam jegomościa w opończy naciągniętej podejrzliwie do granic możliwości. Jego oczy są zbyt rozbiegane i nie wróżą nic dobrego. Trzeba tylko wstrzymać oddech zbliżając się do niego. Co prawda jesteśmy niewidzialni, ale zdradzi  nas ciepłe powietrze. To musimy jeszcze dopracować. Tymczasem nasiąkajmy muzyką.

Greenleaf– to czwórka z  w Szwecji, od prawie 20 lat dokonuje wykopalisk w obrębie rocka, w bliskich mi klimatach. To mocne przestrzenne granie, pełne skalnej energii i szlachetnych kamieni. Wzruszam się słysząc pozdrowienia z zaświatów od Morrisona i Hendrixa, a także od obecnych tu i teraz Siena Root i Grusom. Ta wyprawa musi się skończyć dobrze! Zaczynamy od płyty sprzed dwóch lat Rise Above the Meadow, tak na rozgrzewkę. Potem najnowszy album Hear the Rivers; obie wydane przez austriacką niezależną wytwórnię Napalm Rec.

Mirabelka

Talk Talk

Podobny obraz

Dość długa przerwa w pisaniu tutaj, spowodowana jest moją aktywnością na fb, gdzie ostatnio kieruję dużo swej energii.  Okazało się, że dzięki fb nawiązałam wiele owocnych kontaktów i form przekazu. Powiem więcej: znalazłam swoje stado. Dzięki inspiracji wziętych właśnie z fb poznałam tę płytę nagraną przez Talk Talk, ostatnią przed ich rozpadem. Uważaną za arcydzieło i przedmurza post-rocka. Ale to później. W czasach, gdy powstała wzbudzała kontrowersje. Ja też nie byłam na nią gotowa.

Materiał na płytę Laughing Stock powstawał z ogromnym zaangażowaniem 50 muzyków towarzyszących Markowi Hollisowi i Lee Harrisowi, czyli temu co zostało z Talk Talk. Istnieją magiczne opowieści, o tych ośmiu miesiącach na przełomie 1990/91 roku tworzenia muzyki w Wessex Studio w Londynie. Talk Talk skupił wokół siebie twórczą rodzinę, z którą częstokroć w ciemnościach, przy zdjętych zegarach improwizował w transie, dopóki każdy muzyk nie włożył swojego wkładu w najczystszej esencji.
Jest tu wszystko co lubię, poznałam, pokochałam i jeszcze nie znam. Życie i  śmierć. Zachwyt i rozczarowanie. Wszystko, za czym tęsknię i nawet nie wiedziałam, że mogę za tym tęsknić. Zespół osiągnął niesamowitą dojrzałość i wyprzedził swój czas. Hollis doprowadził do perfekcji sposób operowania głosem na granicy słyszalności, co wiele lat później tak skwapliwie kontynuuje np. Sigur Rose. Przy słuchaniu odkrywają mi się kolejne emocje, które mogę sobie przeżywać bezpiecznie, ze słuchawkami na uszach.

Myrrhman zaczyna się ciszą dającą przeczucie czegoś wyjątkowego. Ascension Day to reminiscencje po tym, co nam zostało z lat 80ych;  dziedzictwo rozstrojonej gitary z Love Will Tear Us Apart, atmosfera po samobójczym otrzeźwieniu. After the Flood faluje brzmieniem organów Hammonda i przenosi pod sam chór, gdzie z serca wypływa mi pieśń dziękczynna za życie. W Taphead harmonijka i trąbka przeszywają na wylot… „When do you know
You know you learn
Arrive at spring once again”...

Potem jeszcze kolejne refleksje o przemijaniu przy New Grass, z transowym biciem serca i gorącym pragnieniem: „Fed me illusion’s gate!” i… następuje  niespodziewany odjazd ku końcowi.
Szósty utwór Runeii, z ledwie co słyszalnym wokalem Marka Hollisa, pozostawia w ogromnym niedosycie. Jak to już? Czuję się rozbudzona poznawać więcej. Oczyszczona. Pełna otuchy.

Ten album jest dla mnie przykładem twórczości, która powstała z potrzeby serca i umysłu, bez presji czasu i ciśnięcia kontraktem. Wytwórnia Verve dała muzykom wolną rękę. Wspaniale, że przeszli z EMI  pod jej skrzydła.

P.s. Następna w kolejce do odsłuchu czeka „starsza siostra” płyta Spirit of Eden z 1988 roku.

Mirabelka

wywiad z twórcą okładki:

Interview with James Marsh on his album cover work for Talk Talk

Ancestors

Ancestors– Przodkowie, dopiero po sześciu latach nagrali kolejną płytę; stanowczo zbyt krótką /ok. 36 min/, by nazwać ją longplayem. Od wczoraj, gdy usłyszałam ją po raz pierwszy /świadomie, bo zetknęłam się z nią wcześniej ogólnie/ w Pejzażach Dźwiękiem  Malowanych Piotra Kosińskiego, słucham jej trzeci raz i nie mam dosyć. To muzyka, przy której znakomicie odpoczywam lewitując nad samą sobą i ziemskim łez padołem. To stan najwyższej mi znanej dotąd szczęśliwości, w którym mogę się zawiesić kiedy chcę i nikt mnie nie pogania. Słuchając płyty Suspended in Reflections rozprostowuję pomięte skrzydła i lecę luźno owinięta w powietrze. Bezmiar tych dźwięków zaskoczył mnie i skutecznie wyrywa z uśpienia. Towarzyszy mi na drodze do wybudzania. Płytę SiR wpisuję na listę ulubionych 2018.

Mirabelka

Kora

Dopadł mnie ten tekst Kory w chłodny niedzielny poranek, choć nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw. Te słowa, które znam przecież na pamięć, bo towarzyszą całemu memu świadomemu życiu, znów jakoś dziwnie dorwały mi się do gardła. Kora niby już zza zasłony, a jednak ta sama. czy tak już będzie?

Mirabelka

Rose Windows

 

Jaka szkoda, że już nie istnieją! Wygląda na to, że Rose Windows z Seattle to zamknięty rozdział. Pod tym szyldem tworzyli tylko 5 lat, pomiędzy 2013 a 2015 i wydali 2 płyty długogrające. Odkrywam właśnie ich debiutancki album The Sun Dogs, który kompletnie mnie zaskoczył w ten wczesny wieczór majowy. Muzyka to zaprawdę magiczna, kołysząca rytmami całego świata. Rose Windows puszcza do nas perskie oko,  to znów zapodaje indyjskie i rosyjskie motywy,  by zamącić w głowie wspomnieniem Doorsowej psychodelii. Właśnie tak: ta muzyka koi moją tęsknotę za Doorsami, w niektórych chwilach zabezpieczając ją całkiem suto.  Nie spodziewałam się… Jestem kompletnie nieprzygotowana… Jak to tak? Myślałam, że już nic, ani nikt nie będzie w stanie wypełnić mi pustki po Doorsach…

Na przyjęcie takiej wyjątkowej muzyki powinnam ubrać się i uczesać jakoś dostojnie, a nie siedzieć ze słuchawkami na spiętych gumką włosach, w roboczej sukience dżinsowej i przytupywać nóżką…

Właściwie to zbiera mi się na płacz; tyle uczuć, wspomnień i tęsknot porusza we mnie ta muzyka!

Jeszcze raz, od początku…

Track list: 1. Spirit Modules – 00:00 2. Native Dreams – 04:00 3. Heavenly Days – 10:18 4. Walkin’ With a Woman – 13:55 5. Season of Serpents – 21:12 6. Wartime Lovers – 25:10 7. Indian Summer – 29:08 8. This Shroud – 33:22 9. Coda – 43:05

godny przeczytania wywiad z założycielem RW- gitarzystą Chrisem Cheveyo:

http://www.undertheradarmag.com/interviews/rose_windows/

Mirabelka