Bokka


Bokka  to jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat,  świeży powiew z Polski 2013 roku, zabarwiony duchem dobrej muzyki,  odwołującej się do najlepszych klimatów alternatywy z lat 80-ch i 90-ych…

Posłuchajcie, naprawdę warto.

Mirabelka

garść informacji o zespole znajdziecie tutaj:

http://www.mgzn.pl/artykul/1307/i-keep-walking

Włodzimierz Pawlik – zdobywca Grammy

Pianista wielokrotnie otrzymywał wyróżnienie „Jazzowy muzyk roku” przyznawane przez legendarny warszawski Jazz Club Akwarium. Występuje na największych i najbardziej prestiżowych festiwalach jazzowych, m.in: North Sea Jazz Festival (Haga, 1998 r.) oraz European Jazz Festival (Ateny, 2006 r.), Warsaw Summer Jazz Days, Jazz Jamboree, a także festiwalach poświęconych muzyce poważnej (m.in.: Misterium Stabat Mater na Festiwalu Wratislavia Cantans 2003).

Włodek Pawlik to bowiem twórca nie tylko muzyki jazzowej – komponuje także muzykę filmową, teatralną, dzieła symfoniczne, oprawę słuchowisk radiowych i do baletu współczesnego. Jego muzykę słychać w filmach „Wrony” i „Pora umierać” Doroty Kędzierzawskiej, „Rewers” Borysa Lankosza, „Nightwatching” Petera Greenawaya i „Wichry Kołymy” Marleen Gorris.

Teledysk promujący film „Rewers” z muzyką Włodka Pawlika:

INTERIA.PL

Włodek Pawlik

Włodek Pawlik
Włodek Pawlikkraj: Polskagatunek: alternatywa

Czytaj więcej na http://muzyka.interia.pl/alternatywa/news/wlodek-pawlik-z-grammy-gdyby-nie-zona,1986486,45?utm_source=paste&utm_medium=paste&

utm_campaign=firefo
x
Triumfujący Włodek Pawlik odbiera nagrodę Grammy - fot. Kevork Djansezian

Triumfujący Włodek Pawlik odbiera nagrodę Grammy – fot. Kevork Djansezian /Getty Images/Flash Press Media

W niedzielę wieczorem (26 stycznia) Włodek Pawlik zdobył nagrodę Grammy w kategorii najlepszy album nagrany przez duży zespół jazzowy.

Pianista został wyróżniony za płytę „Night In Calisia”. To efekt współpracy 55-letniego kompozytora z orkiestrą Filharmonii Kaliskiej pod batutą Adama Klocka. Kompozycje, jakie się na niej znalazły, powstały z okazji obchodów 1850-lecia miasta Kalisza. W nagraniach wziął ponadto udział jeden z najbardziej cenionych amerykańskich trębaczy – Randy Brecker.

 

http://youtu.be/OnGEDGJeuOI

„Jazz jest muzyką amerykańską. Dostałem nagrodę w ojczyźnie jazzu. Nie ukrywam, jestem bardzo szczęśliwy” – mówił wzruszony Włodek Pawlik w rozmowie z RMF FM. Do Los Angeles wybrał się w towarzystwie żony   Jolanty Pszczółkowskiej-Pawlik, współproducentki „Night In Calisia”.

„Ona nas przekonała, by płytę nagrać. Gdyby nie żona, tej płyty by nie było; ona wierzyła w nią bardzo. Jej dziękuję, to jej jest zasługa” – podkreślał.

„Night in Calisia” miała swoją koncertową prapremierę 19 czerwca 2010 roku w Kaliszu. Płyta z zapisem studyjnych nagrań do sklepów trafiła w listopadzie 2012 r. (amerykańska premiera odbyła się w sierpniu 2013 r.). W świecie amerykańskiego jazzu Włodek Pawlik nie jest postacią anonimową – z Randym Breckerem nagrał już wspólną płytę w 1995 roku („Turtles”). W 2008 r. Pawlik i Brecker przygotowali jazzową suitę „Tykocin” – okazało się, że dziadek amerykańskiego trębacza (i jego równie sławnego brata, zmarłego w 2007 r     na białaczkę saksofonisty Michaela) wyemigrował do USA z Tykocina na Podlasiu.

Pianista wielokrotnie otrzymywał wyróżnienie „Jazzowy muzyk roku” przyznawane przez legendarny warszawski Jazz Club Akwarium. Występuje      na największych i najbardziej prestiżowych festiwalach jazzowych, m.in: North Sea Jazz Festival (Haga, 1998 r.) oraz European Jazz Festival (Ateny, 2006 r.), Warsaw Summer Jazz Days, Jazz Jamboree, a także festiwalach poświęconych muzyce poważnej (m.in.: Misterium Stabat Mater na Festiwalu Wratislavia Cantans 2003).

Włodek Pawlik to bowiem twórca nie tylko muzyki jazzowej – komponuje      także muzykę filmową, teatralną, utwory symfoniczne, oprawę słuchowisk radiowych i  współczesnego baletu. Jego muzykę słychać w filmach „Wrony” i „Pora umierać” Doroty Kędzierzawskiej, „Rewers” Borysa Lankosza, „Nightwatching” Petera Greenawaya i „Wichry Kołymy” Marleen Gorris.

na podst.: interia.pl Muzyka

Czuję radość i dumę słuchając tej muzyki.

Mirabelka

Paco de Lucia- Ten, Który Uwalniał Dźwięki

Nagła śmierć Paco de Lucii poruszyła kolejną nić łączącą nas ze wszechświatem.

Poniżej fragment wspomnień Macieja Stasińskiego, zamieszczonych wGazecie Wyborczej dnia 26.02.2014r. Całość znajduje się tutaj:

http://wyborcza.pl/1,75477,15527078,Paco_de_Lucia_nie_zyje___Tytan_w_swiecie_flamenco_.html

„…Z dala od celebryckiego zgiełku

Po licznych wycieczkach w kierunku world music zawsze i tak wracał do flamenco, do jego oszczędnej i pozornie monotonnej harmonii. Sam najbardziej cenił nie swoje wirtuozerskie popisy z McLaughlinem i di Meolą, ale oszczędne płyty jak „Almoraima”, „Sciroco” czy „Cositas buenas”. Nie odrzucał nowości ani w interpretacji, ani technologii. W ostatnich latach używał komputera do komponowania i aranżacji. Ale mawiał: „Choćbyś nie wiem, jak fantastyczną muzykę zrobił w studio, jak jej nie zagrasz na scenie, to wszystko na nic”.

Wiedział, że jest mistrzem, że się go naśladuje. Ale żył z dala od celebryckiego zgiełku. Nie lubił wywiadów. Miewał okresy depresji i melancholii, wtedy zaszywał się w jednym ze swoich domów – w Madrycie, w Toledo, na Kubie lub w Meksyku. – Bywa, że nie wypuszczam gitary z ręki godzinami, ale zwykle nie ćwiczę systematycznie – mówił w jednym z nielicznych wywiadów.

Z żoną, Casildą Varela, miał troje dzieci. Zmarł we wtorek na zawał, bawiąc się z wnukami na plaży opodal meksykańskiego Cancun.

W hiszpańskich mediach społecznościowych popłynął lament. „Odszedł Bóg, Geniusz, Czarodziej, Mistrz, Największy, Gigant” – takimi słowami żegnają go wszyscy, z królem Juanem Carlosem włącznie.

Z biegiem lat kasztanowe loki siwiały i przerzedzały się, naznaczoną zmarszczkami twarz otoczyła szpakowata bródka. Ale gdy siadał na krześle z gitarą, zawsze z tak samo nogą założoną na nogę i zawsze w śnieżnobiałej koszuli, Paco de Lucia stawał się znowu młodzieńcem i krzesał palcami skry…”

Mirabelka

Peruquois- Ta, Która Wie Jak Obudzić Węża?

O Peruquois

Peruquois mistic

Zwana Głosem Bogini – znana piosenkarka i kompozytorka z Australii, mieszka na południu Portugalii w przerwach między licznymi trasami koncertowymi. Z wykształcenia jest muzykiem jazzowym; odebrała też dogłębną edukację w klasycznej muzyce hinduskiej. Nagrała 7 albumów. Zapraszana do największych sal koncertowych na całym świecie. Prowadzi także warsztaty dla kobiet, na których tworzy unikalną i bezpieczną przestrzeń na odkrycie i doświadczenie swojej esencji kobiecości.

Zanurzona w  jazzie, inspiruje się muzyką  rdzennych plemion Ameryki oraz klasyczną muzyką hinduską i dalekowschodnią. W jej utworach znajdziemy także elektroniczne pobrzmiewania.  Peruquois wyraża ekspresję kobiecej duszy muzyki. Jej twórczość jest namiętną podróżą do pełni człowieczeństwa oraz odbija tęsknotę za czystym źródłem miłości i przebudzeniem. Jest twórczynią głębokich praktyk “Yogi głosu” i “Wokalnej Tantry”, które są podstawą warsztatów gromadzących każdorazowo 100-150 kobiet. Będąc w światowej trasie od 1997 roku, jest jak latarnia wyznaczająca drogę do Domu.

Ponoć jej głos ma moc zatrzymać czas i otwierać drzwi misterium, gdzie spotykamy esencję kobiecości. Wskazuje drogę kobietom ku przebudzeniu ich kobiecości, wolnej od wstydu i poczucia winy, w całkowitym połączeniu ze sobą i Ziemią.  Jej wiedza na temat energii i rytmu, w jakim płynie kobiece ciało oraz  znajomość samouzdrawiania poprzez dźwięk i głos odbijają się szerokim echem w coraz szerszych kręgach. Jest uwielbiana w wielu krajach.

Dyskografia

ALBUMY SOLO:  Awaken the Snake 2000,  The Sacred Opening 2003,  Love’s Deepest Calling 2006,  Opening the Sacred Voice 2009, Emotional Cleansing 2013
ALBUMY Z WARSZTATÓW:  Vocal Yoga 2009
WSPÓLNE ALBUMY:  Breathing Love 2010
SINGLE:  Here I Am Beloved

 

 

W ostatnim Zwierciadle /3/2014, s.126/ znajduje się warta przeczytania rozmowa Tatiany Cichockiej z Peruquois. Poszerza ona świadomość na temat specyfiki zazdrości krążącej pomiędzy kobietami. Poniżej fragment:

„… Jest też inny rodzaj zazdrości. Na przykład kiedy jakaś kobieta ma

jakieś talenty i próbuje przejawić je w świecie, nie zawsze spotyka się ze wsparciem innych kobiet. Często próbują ściągnąć ją w dół. Pani doświadczyła czegoś takiego?

Kobiety reagują na to na dwa sposoby. Albo ściągają ją w dół, nie pozwalając się wybić, albo poniżają same siebie, przez co czują się niewartościowe, zazdroszczą jej i ją w związku z tym odrzucają ze swojego grona. Doświadczyłam tego boleśnie na początku swojej kariery muzycznej. Nie pomyślałam nawet o tym, że jako młoda i utalentowana muzyczka będę dla innych kobiet w branży konkurencją i zagrożeniem. Nie dostałam od nich zachęty, wsparcia, którego szukałam. Zamiast tego napotkałam wrogość, oschłość, odrzucenie. To bolało. Z mężczyznami udawało mi się dużo lepiej dogadywać. To oni wprowadzili mnie w świat muzyki.  Mam wrażenie, że wiele z nas doświadczyło czegoś podobnego. To powoduje, że gdzieś w głębi siebie boimy się pokazać, w pełni urzeczywistnić, boimy się swoich talentów, piękna, swojej mocy. Wolimy się nie wychylać, nie pokazywać, pozostać w średniej krajowej. Bo wtedy nie jesteśmy dla nikogo zagrożeniem. Nie zagrażamy niczyjemu poczuciu wartości, nie wywołujemy zazdrości, a więc nie narażamy się na odrzucenie.

Z czego się to bierze?

Według mnie z tego samego, z braku miłości. Z poczucia, że ona jest jakoś ograniczona, więc trzeba o nią walczyć, rywalizować. Bo jeśli ktoś jeden ściąga uwagę i zainteresowanie, to dla innych już tego nie starczy. Tymczasem jeśli się otworzymy na miłość w sobie, nigdy jej nam nie zabraknie, takie jest moje doświadczenie. Moim zdaniem to poczucie braku miłości jest też uzasadnione historycznie. Wojna zabiera mężczyzn. Zostają kobiety, które zaczynają rywalizować o garstkę pozostałych przy życiu potencjalnych partnerów. Mężczyzna jest jak słońce, które oświetla kobietę. Jeśli umie spojrzeć w głąb jej duszy, to energia jego miłości otwiera kobietę na jej własną miłość. Dlatego kobiety o niczym innym nie myślą, nie mówią i nie marzą, tylko o mężczyznach i o takiej miłości. Czyli o połączeniu dusz. Więc kiedy tylu mężczyzn ginie na wojnie, zdarza się, że niemal całe pokolenie znika, pojawia się uczcie braku, głębokie przekonanie, że nie ma wystarczająco dużo mężczyzn, więc trzeba jakoś się bardziej postarać, coś aktywnie robić, żeby dla nas starczyło. I choć dziś realnie nas to nie dotyczy, to poczucie braku odziedziczyłyśmy. Wraz z mechanizmem rywalizowania. W krajach, gdzie było wiele wojen, rezultatem może być na przykład to, że kobiety robią wszystko, by wyglądać na atrakcyjne seksualnie. Albo stają się silne i przejmują męskie role, by spotkać się z mężczyznami na ich gruncie. To się zaczyna już w szkole. Ta desperacja, by zdobyć uwagę, miłość – widzimy to w dzisiejszej kulturze – zasiewa ziarno lęku i oddzielenia wśród kobiet. Dlatego kobieta, która doświadcza zazdrości, niezależnie od tego, czy to ona zazdrości, czy jej zazdroszczą – powinna przyjrzeć się i zastanowić, w jaki sposób używa swoich talentów i darów. Czy dzieli się nimi ze światem, czy używa ich, by zdobyć uwagę i miłość i stać się lepsza od innych. Takie podejście wymaga głębokiego spotkania ze sobą i szczerości. Ale to jest właśnie jeden z pozytywnych efektów zazdrości. Zachęca do spojrzenia w głąb siebie. Uświadamia nam, że w jakimś stopniu jesteśmy odcięte od źródła miłości w sobie. I możemy to źródło odzyskać. My, kobiety, musimy się nauczyć na nowo wspierać się wzajemnie w wychodzeniu do świata, w stawaniu w swojej pełni. Jesteśmy w naturalny sposób kręgiem siostrzanym. To nasze najważniejsze, bazowe połączenie. Trzeba je odzyskać. To staram się robić, podróżując po świecie: pomagać kobietom nawiązywać na nowo relacje. Namawiam: zbierajcie się, róbcie coś w grupach, śpiewajcie razem. Oddychajcie razem, tańczcie, medytujcie, rozmawiajcie. Rozwój przebiega dużo szybciej, kiedy się wzajemnie wspieramy. Dużo szybciej, niż kiedy każda z nas jest sama.”

www.pranaworld.pl, www.narodzinydozycia.pl

Mirabelka