Shata QS- jest jedną z 30.

Shata Qs trafiła idealnie na wariant życia umożliwiający jej prezentację własnej  twórczości. Jej kompozycje /sama pisze teksty i muzykę!/ centralnie docierają do głowy i serca, co jest naprawdę rzadkie i wyjątkowe! Posłuchajcie tej niezwykłej kobiety!

Mirabelka

http://www.youtube.com/user/ShataQS

http://www.youtube.com/watch?v=jNw38KdwbJ8&feature=share&list=UUMgJz-5qyozCh489V9MIYBA&index=5

Dlaczego czyta Eustachy Rylski?

Eustachy Rylski herbu Ostoja – prozaik, dramaturg, scenarzysta, debiutował dyptykiem powieściowym Stankiewicz. Powrót laureat Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, nominowany do Śląskiego Wawrzynu Literackiego, Angelusa i Nagrody Nike.

Pan Eustachy urodził się w 1943roku a żyje nadal.

cytaty z artykułu z cyklu; „Jestem tym, co czytam” pt. „Zawszonych barłogów unikam”-  G.W. 9-11. listopada 2013r . Próbowałam znaleźć go w sieci, ale bezskutecznie… Będę próbować dalej.

„… Gdy myślę o książkach przeczytanych i tych nielicznych i tych nielicznych, które są jeszcze przede mną, to uporczywie wracają do mnie letniska w pobliżu ciepłych mórz, wapiennych skał, urwisk, taras ocieniony markizą, godzina przed południem, upał, młode kobiety wracające z kąpieli i niekoniecznie ładne, ale interesujące- zapach kawy, smak papierosów, lenistwo, jakaś wszechogarniająca bezcelowość i melancholia, lecz nie trwoga…” cdn

 

 

Smutek, w przeciwieństwie do rozpaczy, bywa przyjemnością. Daje dystans, miarę rzeczy i spokój. Znajdujemy w nim ukojenie.

Tygodnik Powszechny: Czemu akurat w tym momencie?

Eustachy Rylski: Bo się zestarzałem. Nosiłem się z pomysłem tej książki od dwóch dekad co najmniej, ale przekonanie, że to być może powinna być moja ostatnia rzecz, powstrzymywało mnie, jak pan rozumie, przed jej rozpoczęciem.

Ale los mnie wykiwał, bo po kilkudziesięciu stronach zauważyłem, że bohater, który w zamierzeniu miał być moim alter ego, wymknął się, zautonomizował i rozpoczął niezależne od moich zamiarów powieściowe życie. Nie nadaję się na bohatera swoich książek i zasada, że każdy pisarz powinien mieć w swoim dorobku przynajmniej jedną książkę biograficzną, że ona uwiarygodnia jego posłannictwo, w moim przypadku nie zadziałała.

W porównaniu z postaciami z moich poprzednich powieści, nowel, scenariuszy filmowych czy telewizyjnych to Jan Ruczaj przynajmniej w jakiś sposób mnie przypomina lub odwrotnie: ja w jakimś stopniu przypominam jego, bo z nas dwóch on jest ważniejszy. W każdym razie nie odżegnuję się od niego, jak w przypadku innych moich postaci.

Tak osobista książka mogłaby być równie dobrze Pańskim debiutem.

W wieku lat blisko siedemdziesięciu być może. Ale to byłby jakiś żart z siebie, debiutu i czytelników. „Obok Julii” nie nadaje się na pierwszą książkę, bo ona ze swej natury coś kończy, podsumowuje, a nie zaczyna. Wie pan, debiutanci robią błąd, pisząc o sobie, to znaczy najczęściej o niczym. Co zjadłem, gdzie poszedłem, z kim się przespałem i jaka niechęć do życia mi w tym towarzyszyła. Nie mówię, że to nie jest temat, ale skala trudności jest niewyobrażalna.

Niedojrzałość i brak dystansu do siebie, charakterystyczne dla wielu młodości, niszczą najczęściej to, co w zamiarze było może i autentyczne, przeżyte, zdefiniowane. Oczywiście krytycy ich do tego bardzo namawiają mówiąc, że jak nie wiecie, o czym pisać, to piszcie prawdę o swoim życiu. Ale prawda się nie ujawnia, bo ma to do siebie, że nie jest na zawołanie. Nic nie wiedziałem o zasadzkach literatury, kiedy w pierwszym roku stanu wojennego zasiadłem do „Stankiewicza”, swej pierwszej książki, ale jedno wiedziałem na pewno: im dalej od siebie, tym lepiej i przede wszystkim bezpieczniej. I co prawda, doszukiwano się potem związków bohatera z moją osobą, ale na siłę i bez sensu.

Historia, nierzadko odległa, jest ważnym elementem pańskiej twórczości, zaś „Obok Julii” jest powieścią o współczesności.

Sprecyzujmy, o co chodzi; czy wczoraj to jeszcze współczesność czy już historia? Akcja nowej powieści rozpoczyna się w roku 1963, w retrospekcjach cofa się do lat 40. i w stosunku do mojego debiutu to nawet bardziej zanurzyłem się w czasy. „Stankiewicz” rozpoczyna się w trakcie rosyjskiej wojny domowej i ten dystans czasowy między jego akcją a oddaniem go do druku jest krótszy niż w „Obok Julii”. Jeśli miarą powieści historycznej jest odległość czasowa między pisaniem a okresem, który się opisuje, to moja najnowsza powieść jeszcze bardziej zasługuje na miano historycznej.

Podział na książki historyczne i współczesne jest jeszcze głupszy niż podział na styl tradycyjny i nowoczesny. Jeżeli wziąć pod uwagę wszystkie moje scenariusze teatralne i filmowe, opowiadania, impresje, powieści, to więcej jest w nich teraźniejszości niż tego, co było.

Skądinąd najbardziej ceni się Pana jednak za powieści „historyczne”. Potrzebuje Pan dystansu, ucieczki w przeszłość, żeby opisać współczesność? Tak jak było w przypadku „Warunku”?

To karkołomny zamiar, by mówić coś o teraźniejszości, biorąc na warsztat przeszłość. Niech mnie pan o taki zamiar nie podejrzewa, bo mnie to obraża. Nie unurzałbym „Warunku” i jego bohaterów w odniesieniach do współczesności, bo ich na to szkoda. Nie rezygnuję z wymogów elementarnej lojalności wobec swoich postaci, tym bardziej że geneza powstania tej niezłej powieści była jak na mnie niecodzienna.

Najpierw powstał scenariusz filmowy. Bez pudła. Tempo, napięcie, postaci, relacje między nimi, intermezza, puenty, wszystko jak trzeba. Namówił mnie na to, dzięki przyzwoitej zaliczce, niewielki producent filmowy z Australii, podsuwając epokę i miejsce, bo podobno modne. Lojalnie go uprzedziłem, że nie mam uprzedzeń historycznych, ale epoki napoleońskiej nie lubię. Nic zresztą w tym względzie nie zmieniło się do dziś.

To połączenie grandezzy z okrucieństwem, te niekończące się pola bitew z konającymi w męczarniach i bez pomocy ludźmi i zwierzętami, a równolegle operetkowe rewie i wystawne bale, romanse, zaloty, bezwzględność i cynizm cesarza, rozwydrzenie jego młodych chciwych wszystkiego marszałków, to połączenie lekkomyślności z grozą wojen, jakich świat jeszcze nie zaznał, musiałem skonfrontować z wymogami przyzwoitej roboty literackiej. Dlatego do bohaterów tej historii przyłożyłem się jak nigdy. A oni mi się zrewanżowali.

Ten niezrealizowany z powodu braku środków scenariusz i powieść oparta na jego motywach byłyby gorsze, gdyby się działy w czasach, jakie lubię. Zdarza się, że nic tak dobrze nie robi opowiadanej historii jak niechęć do jej materii. Kapitan Rangułt i porucznik Semen Hoszowski to osoby mi w zasadzie obce, ale dla nikogo nie zrobiłem tyle, co dla nich.

Wracając do nowej powieści i kolejnej według mnie różnicy z pozostałymi Pana dziełami, to w końcu bohaterami są tutaj kobiety. Wcześniej stanowiły raczej tło.

I dalej stanowią. Niech pana nie zwodzi tytuł. Ale muszę powiedzieć, że we wspomnianym przez pana „Warunku” siostra kapitana Rangułta, Anna, jest jedną z ważniejszych postaci, choć nie ma jej tam wiele. A w „Człowieku w cieniu” matka notariusza Rańskiego jest jedyną osobą, która mu się na serio stawia. Bohaterką opowiadania „Jak granit” jest dziewczyna w dwóch swoich odmianach.

W „Dworskim zapachu” nie byłoby mistrza, gdyby nie konfrontował swej starości z urodą żony i młodością jednodniowej kochanki. A w „Po śniadaniu” najważniejsza impresja dotyczyła Turgieniewowskiej Ariny Timofiejewnej, i można by tak jeszcze długo. Lecz jeżeli zostanę zapamiętany jako prozaik, to pewno nie z powodu kobiet, bo generalnie są one tłem dla mych męskich bohaterów, ich męskich spraw, czynów, zniechęceń, fantazji, obsesji i wątpię, by powieść „Obok Julii” stanowiła tu jakiś przełom.

Pański bohater ciągle mówi o śmierci, ale jednocześnie dodaje, że „nudy bał się bardziej niż piekła”. Czy jego życie to, oprócz pogoni za przyjemnością, również próba oswajania śmierci, oszukiwania jej?

Śmierci oszukać się nie da, bo gdyby się dało, niektórzy by ją oszukali. A nieustanna pogoń za przyjemnością nie czyni jej mniej ostateczną, chyba że jest to przyjemność nierozerwalnie związana z tym rodzajem charyzmatycznej męskości, jaką Hemingway, trzeci bohater mej nowej książki, kusi narratora i jego kompanów. Wtedy śmierć jest bardzo blisko przyjemności i choć mój bohater, Jan Ruczaj, nie ma najmniejszego zamiaru służyć tej hemingwayowskiej religii, to w miarę upływu lat ona zaczyna służbę u niego.

Twierdzi Pan, że to książka o życiu dla przyjemności i jej braku, gdy wchodzi się w dojrzały wiek…

Przyjemność jest jej treścią, ale to nie jest książka o życiu dla przyjemności, bo to są dwie różne, niezależne od siebie rzeczy. Każdy z nas, chce tego czy nie chce, ma jakiś sposób na absurd istnienia. Sposobem mego bohatera jest zuchwalstwo i brawura, jak na mizantropa, introwertyka i tchórza. Zasmakowuje w swoich przewagach nad życiem do tego stopnia, że posuwa się do czynów niedopuszczalnych i bezprawnych, choć nie upierałbym się, że niesprawiedliwych. Ochrona moralna, jaką mu zapewnia tytułowa Julia, okazuje się iluzją, bo ona sama by jej potrzebowała. „Jestem kolekcjonerem przyjemności, który na końcu został z niczym” – mówi bohater swemu kompanowi z młodości. Nie ma w tym zdaniu goryczy, bohater niczego nie żałuje, ale trudno ukryć, że to prawda. Niekoniecznie okrutna, lecz prawda.

Ruczaj twierdzi, że jest chory na niedowierzanie. Czy niedowierzanie jest wg Pana również oznaką pewnej dojrzałości, podobnie jak brak przyjemności dla bohatera. Czy mógłby powiedzieć to w każdym momencie swojego życia. Jak widzi to bohater, a jak widzi to Pan?

Niedowierzanie nie jest chorobą. Jest postawą wobec życia, w którym fascynacja cudem istnienia nie występuje. To coś więcej niż sceptycyzm, bo w sceptycyzmie jest dużo ironii, sarkazmu, których nie cierpię, a w niedowierzaniu jest bezbronność, która mnie wzrusza. Nie ma to nic wspólnego z dojrzałością czy niedojrzałością, bo młody Ruczaj, zafascynowany urodą otaczającego go świata, w równym stopniu mu nie dowierza co Ruczaj zbliżający się do sześćdziesiątki, gdy uroda świata mu nieco powszednieje. Czego panu brak? – pyta Ruczaja rosyjski bandyta. Wiary – odpowiada mój bohater i wchodzi natychmiast do klanu ludzi, których los wycenia ponad ich wartość. Nie znają wierzyciela. Mój bohater co najwyżej się go domyśla.

I smutny ten Pana bohater.

Bo smutek, w przeciwieństwie do rozpaczy, bywa przyjemnością. Daje dystans, miarę rzeczy i spokój. Znajdujemy w nim ukojenie. Ruczaj bywa smutny niejako na zawołanie. Jest zbyt inteligentny, by nie wiedzieć, że to poza, z którą mu do twarzy.

To jest ten rodzaj smutku bliski memu bohaterowi i w jakimś stopniu mnie. Nie przepędzam go, odwrotnie, raczej go wabię. Czasami dla przyjemności.

Tworzenie jest przyjemnością?

Niech pan nie żartuje.

Pisząc ma się chwile ewidentnej euforii, które, jeśli jest się człowiekiem rozgarniętym, należy tłumić. Natychmiast i bez litości.

Zaczynają się w momencie pomysłu?

W różnych. Najlepsze pomysły przychodzą do głowy, kiedy jeżdżę na rowerze albo prowadzę samochód. Oczywiście nigdy ich nie zapisuję, nie mam żadnego dyktafonu, wylatują z głowy. Albo jesteśmy zadowoleni z zapisanego zdania. Albo czytamy sobie w komputerze fragment i mówimy, że świetny. Albo powtarzamy sobie jakąś kwestię, którą jesteśmy coraz bardziej zachwyceni.

A na drugi dzień wręcz przeciwnie…

Bywamy zażenowani, normalne. Ale tak, to stan euforii, rozkoszy. Powiem panu jako człowiek, który sporo przeżył, że doświadczenie twórczości jest najbardziej ekscytujące, najmocniejsze. Mam na myśli romanse, przyjaźnie, dorabianie się, bywanie, podróże. Banał, ale jednak. Na stany euforii trzeba jednak uważać, bo wyprowadzają nas na manowce, często są śmieszne, a co najważniejsze potrafią nas bardzo oszukać.

Potrzeba pokory?

W żadnym wypadku. Pisaniu jest potrzebna pycha. W każdym razie mnie ona nigdy nie zawiodła. Nawet, gdy byłem skromny, przesadnie skromny, to podszywała to pycha.

Co jeszcze?

Pycha i egoizm. Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości. Wtedy, gdy na swoje fascynacje, kaprysy, obsesje, często chybione diagnozy próbujemy namówić innych i czasem się nam to udaje. Przecież pisaniu nie przyświeca żadna szlachetna intencja. To introwertyczne zapatrzenie się w siebie, odkrywanie paskudnych cech, jakich byśmy się w sobie nie domyślali.

Inżynier z mojej nowej powieści, postać autentyczna, powiedział mi w młodości, że literatura nie jest zajęciem dla dżentelmenów. Powiedział to zaniepokojony moim zainteresowaniem literaturą, sugerującym, że być może, w przyszłości, sam chciałbym jej spróbować.

Najczęściej podkreślanym przeze mnie słowem w Pańskiej powieści jest śmierć.

Niech pan mnie nie irytuje. Nie będziemy teraz liczyć słów w mojej książce, ale myślę, że tych oddających zdumiewającą i uwodząca nas urodę świata jest więcej. Podobnie jak tych, które odnoszą się do bezsensu i jałowości bytowania w tym bezużytecznym pięknie. Ale skoro nie brakuje w „Obok Julii” słów oddających absurd istnienia, to nie może nie pojawić się śmierć, która tego absurdu jest ukoronowaniem. „Obok Julii” nie jest książką o śmierci. Za stary już jestem, by o niej pisać.

Zajrzyj na Tygodnik.Onet.pl

Marzena Ugorna i jej męski świat

24-letnia Marzena pochodzi z miejscowości Kolonia Kamień w podkaliskiej gminie Ceków. Ukończyła Technikum Budowy Fortepianów w Kaliszu, następnie Studio Wokalistyki Estradowej oraz Wrocławską Szkołę Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Jest laureatką “Szansy na sukces”, a także ogólnopolskich festiwali muzycznych i stypendystką ministra kultury. Od 2007 roku związana jest z kaliskim Studiem Wokalno-Artystycznym Piano Song w Kaliszu.

Skąd w twoim życiu muzyka?

Mój tato mi ją zaszczepił, a za nim moje starsze siostry, które grały na pianinie. Podobało mi się to, więc dołączyłam wokalnie. Wychodziło tak fajnie, że po jakimś czasie żadna impreza rodzinna nie mogła obejść się bez recitalu naszego trio [śmiech].

Występowałaś później w jakichś zespołach?

W jednym. W Kaliszu nie ma wielu osób śpiewających, więc możliwości występowania miałam całkiem sporo. Zespół miałam dopiero, gdy byłam uczennicą Technikum Budowy Fortepianów. W 2007 roku związałam się z zespołem wokalnym Piano Song z Kalisza. Mamy na koncie różne festiwale, imprezy, bankiety, jest naprawdę fajnie. Uczyłam się też w średniej szkole muzycznej, ale wytrzymałam tylko rok.

Dlaczego?

Była nastawiona na klasykę, która mnie nie interesowała.

Opowiedz o tym Technikum Budowy Fortepianów. Brzmi to dość oryginalnie. Dlaczego poszłaś akurat tam?

Bo to świetna szkoła, jedyna o takim profilu w Polsce. Ma znakomity poziom i do muzyki podchodzi bardzo wszechstronnie. Poza tym jest tam zupełnie normalnie. Są wszystkie przedmioty, rozszerzone o historię muzyki i przedmioty zawodowe.

Umiałabyś zbudować fortepian?

A gdzie tam [śmiech]. Gdybym pracowała w tym zawodzie po maturze, to dziś już pewnie bym wybudowała niejeden instrument. Ale mnie w głowie był śpiew.

Wyczytałem też, że „przypadkowo” skończyłaś dziennikarstwo.

Po maturze wyjechałam do Wrocławia, gdzie rozpoczęłam naukę w Studium Wokalistyki Estradowej, przy Akademii Muzycznej. Jako że miałam dużo czasu, pomyślałam, że postudiuję coś jeszcze. Postawiłam na dziennikarstwo i komunikację społeczną na SWPS. Potem przeniosłam się do Warszawy, gdzie ten kierunek ukończyłam na etapie licencjatu.

Jakiej muzyki słuchasz na co dzień?

Starej, głównie bluesa, trochę rocka. Moi ulubieni artyści wszech czasów to Czesław Niemen, Janis Joplin i Koko Taylor. Nie gardzę też poezją śpiewaną, w ogóle lubię mądre i głębokie teksty, które coś wnoszą. Dla mnie to podstawa.

No to jeszcze raz – wygrasz czy nie?

[śmiech]…

Takich wykonań chce mi się słuchać i słuchać…

Mirabelka

Władysław Kozakiewicz- „jak ojciec mnie bił, krew była na ścianach”…

streszczenie wywiadu przeprowadzonego przez Donatę Sobotko dla Gazety Wyborczej, 27.10.2013 przeniosłam z eurosport onet pl.

 „…Teraz w wieku niespełna 60 lat pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego w szkole pod Hanowerem. Jak się okazuje, na obczyźnie nikt nie kojarzy go z tym gestem. – W ogóle nie wiedzą, o co chodzi – przyznaje Kozakiewicz, a później dodaje: – Wały były spontaniczne. Wokół słyszałem gwizdy i kiedy byłem w górze, to w mgnieniu oka mi przeleciało: możecie mi skoczyć! To niesamowite uczucie, kiedy podejmujesz ryzyko i ci się udaje.

Znacznie bardziej frapujące są jednak fakty, które Kozakiewicz wyjawia w dalszej części wywiadu. – Ile razy się mówi o kimś, kto kogoś zabije: a, bo on miał ciężkie dzieciństwo i mu poszło na psychikę. Jakie, kurka wodna, ciężkie dzieciństwo? To ja już powinienem z dwudziestu zamordować i bombę podłożyć! – rzuca Kozakiewicz już na początku swoich zwierzeń.

Kozakiewicz urodził się w Małych Solecznikach pod Wilnem. – Z Solecznik pamiętam tylko przebłyski: jak dostałem kopniaka i fruwałem po chałupie, czy w twarz, czy pasem. Ojciec nauczył się szyć trochę i pracowało jako krawiec. Ale jełop był, trzy klasy podstawówki. Nie chciał pracować, wściekły był na wszystko. Chorobliwie. Krowa się zerwała ze sznurka, to tak ją walił kłodą, że rogi połamał. Najnormalniejszy sadysta. Jak wytłumaczyć sadystę? Widział krew, to mocniej bił. Nie kończył na paru pasach przez tyłek – jakbym tak dostał, tobym się oblizał i cicho siedział. Ale nie, bił, abyś poczuł. Brał pas i sprzączką uderzał. Żeby krew poleciała. Jak bił, krew była na ścianach, wszędzie. Pokój, w którym mieszkaliśmy w piątkę w Gdyni, miał 18 metrów, to gdzie można było uciec?

Kozakiewicz został zapytany, dlaczego jego matka nie próbowała zostawić sadystycznego ojca. – Pytaliśmy ją potem z siostrą i bratem, dlaczego się nie rozwiodła. Ona: „Nie wiem”. Ze strachu oczywiście. Że mógłby ją zamordować. Był zdolny do tego. Wszystkie zęby jej wybił. Pięścią, doniczką, deską, co było pod ręką. Jak miałem sześć lat, poszedłem za jakąś orkiestrą na ulicy. Kiedy mnie znaleźli, mama wyrwała ojcu pas i sama mnie okładała, ale już nie sprzączką, tylko drugą stroną. Żeby tylko on nie bił, boby mnie chyba zabił wtedy. Byłem jej wdzięczny.

Mistrz olimpijski potrafi się jednak zdobyć na swego rodzaju usprawiedliwienie zachowania swojego oprawcy. – I tak najmniej z nich dostawałem, byłem najmłodszy, wesoły rozrabiaka. Jak ojciec wstawał do pracy, to bliny z nim pojadałem. I nogi mu myłem wieczorami. Brat i siostra nigdy tego nie robili, ja tak. Byłem mały chłopaczek, a to ojciec. Jak bił, to widocznie trzeba było. A jak łzy leciały, to nie mogłem zajęczeć, jakbym zajęczał, jeszcze bym dostał. Nikt nic nie mówił. Był strach, bo ten facet był czerstwy. Niższy ode mnie, ale ręka jak bochenek chleba. Taki chłop z roli – przyznał Kozakiewicz, który oczywiście chowa wielką urazę do swojego ojca. – Nie byłem na jego grobie. W mojej pamięci nie jest ojcem. Leży w Gdyni, na tym samym cmentarzu co mama, ale osobno. Umarł w 1985 albo 1986, a może później, przepity, zmęczony. Jak zadzwonili do mamy – była wtedy u mnie w Hanowerze – powiedziała: „Nareszcie”.

Jak się okazuje, ojciec Kozakiewicza przyłożył – nomen omen – rękę do jego wychowania oraz jego późniejszych sukcesów sportowych. Na pytanie, skąd po takim dzieciństwie ma w sobie taką pewność i siłę, mistrz z Moskwy odpowiedział: – Chyba mam geny ojca, tego czerstwego chama. Czerstwy cham to człowiek nie do złamania. Taki byłem. Mnie nie można było w sporcie złamać w żaden sposób. (…) Wychodząc na stadion, zawsze byłem w swoim żywiole. Byłem najlepszy na świecie przez dziesięć lat, przegrywałem oczywiście od czasu do czasu, nikt nie wygra wszystkiego, ale generalnie, jak gdzieś się pojawiłem, to inni się załamywali. Ja się skokiem bawiłem, degustowałem to, co robię.”

Kiedyś przemoc domowa była nazywana „wychowywaniem twardą ręką”, „nauczeniem rozumu”, itp. W dzisiejszych czasach, ojciec Pana Władysława miałby założoną Niebieską Kartę i z pewnością spędziłby kilka lat w więzieniu, oraz pod dozorem kuratora. Podziwiam naszego wspaniałego tyczkarza za wytrwałość, hartowanie charakteru oraz umiejętność uporania się z traumami z dzieciństwa. Znalazł on sobie strategię na poradzenie sobie z rodzinną gehenną poprzez sport.

Dziękuję Panie Władysławie, że podzielił się Pan z nami swoją trudną historią. Widzę w niej wskazówkę i wsparcie dla osób, które nie mają tyle odwagi, siły przebicia, oraz zaufania do siebie.

Mirabelka

Clarice Lispector- etykietka pisarki skazała ją na samotność

Podejrzewano, że jest mężczyzną, nazywano „Świętym potworem”,”wielką czarownicą brazylijskiej literatury”. Krytycy uważali, że pisze lepiej, niż Borges, a gdyby Kafka był  kobietą, pisałby tak, jak ona…

Clarice Lispector – /jej hebrajskie imię Chaja- znaczy życie/ brazylijska pisarka, dziennikarka i tłumaczka. Cierpiała na samotność i depresję. Będąc żoną dyplomaty, czuła się wyalienowana z wielkiego świata…
Urodziła się 10 grudnia 1920, na Ukrainie
Zmarła: 9 grudnia 1977, w Rio de Janerio

Jej kocia, wschodnioeuropejska twarz, niski głos, wrodzona dystynkcja, przełamana pewnym rodzajem bezczelności…wszystko to budziło w ludziach prawie nienormalne namiętności, aż się sama bała… Niektórzy mówią, że wyglądała jak wilczyca… Dzieciństwo spędziła w skrajnym ubóstwie, w „przymusie radości” narzuconym przez siebie samą jako sposób na radzenie sobie ze śmiertelną chorobą matki… Ta zmarła, gdy Chaja  miała 11 lat, a niedługo potem ojciec. Poczucie osierocenia i winy, że nie udało jej się uratować matki, tudzież inne traumy dzieciństwa, pozostawiły w niej ciągle odnawiane w dorosłym życiu blizny.

z artykułu „Trochę jeleń, trochę tygrys”- Wysokie Obcasy,25 sierpnia 2012

„Intensywność dialogu wewnętrznego i poziom introspekcji są dla niej samej nie do wytrzymania. Z pisarskiego punktu widzenia to dar, z czysto życiowego- przekleństwo…

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/51,100958,12346187.html?i=2

„Pocieszeniem jest dla niej macierzyństwo, próbuje przekonać samą siebie, że gdyby miała wybierać między literaturą i macierzyństwem, wybrałaby bycie matką. Kocha synów bezgranicznie, ale żyje w rozdwojeniu- całe dnie spędza na sofie z maszyną do pisania, a bawiący się obok chłopcy mają prawo jej przeszkadzać. Młodszy syn, Paolo wspomina, że matka zawsze sprawiała wrażenie lekko nieobecnej. Starszy- Pedro choruje na schizofrenię…

Pod koniec życia pisze: „Pisanie może doprowadzić do szaleństwa. Trzeba prowadzić spokojne życie middle class. Inaczej to niebezpieczne”.

Zapłaciła wysoką cenę za nieustanne dążenie do życia w zgodzie ze sobą i wyrażania siebie poprzez twórczość. Czy mogła żyć inaczej? Czy musiała aż dzwonić do samej siebie, żeby mieć namiastkę kontaktu z ludźmi? O przyjaźń ubiegać się podaniem?

Mirabelka

Joanna Bator- laureatka Nagrody „Nike”

Niewiele wiem o tegorocznej laureatce „Nike”. Przyznam, że nie przeczytałam żadnej książki, którą napisała, ale mam ochotę. Obecne moje zainteresowania związane są z poszukiwaniem sposobów na twórcze, pełne życie.

 

z wywiadu dla „Empik. Tom Kultury” 20/2013

– „Ciemno, prawie noc” pisała Pani w Japonii.  Z dystansu widać Polskę lepiej?

– … Mogę pracować wszędzie i nie muszę w trakcie pisania odwiedzać  miejsc, o których piszę, więc było mi wszystko jedno, że opowiadałam historię wałbrzyską w Tokio. Zawsze, kiedy jestem w Japonii, żyję niemal w buddyjskim odosobnieniu, odcinam się od polskiej prasy, nie odwiedzam polskich stron w internecie, rzadko mówię po polsku. przy pisaniu Ciemno… było trochę inaczej, bo duch z tej historii ukazuje się Alicji na forum internetowym. Przeczytałam trochę te fora i przeraziło mnie, jakiego języka używają moi rodacy i jak potrafią być pełni pogardy, nienawiści, resentymentu i strachu

– Co jest dla Pani największą inspiracją przy pisaniu powieści?

– Własna wyobraźnia…”

Czy to znaczy, że pisarka nie opiera się na swym doświadczeniu, czyli na tym, co było, tylko kreuje dowolnie rzeczywistość?

http://jagiellonski24.pl/2013/10/08/suskiewicz-nike-dla-joanny-bator-jaka-nagroda-taka-laureatka/

Mirabelka

Stanisława Celińska- straciła i musiała odzyskać wszystko

Stanisława Maria Celińska-Mrowiec – polska aktorka teatralna i filmowa. Zadebiutowała w teatrze w 1968 roku. Rok później ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie pod kierunkiem Ryszardy Hanin. Jest równolatką Patti Smith… Też potrafi śpiewać…

http://youtu.be/UlA-dWI8-nU

http://youtu.be/Z1spxjrtwZU

w „Opowieściach afrykańskich” K. Warlikowskiego

spektakl Krzysztofa Warlikowskiego „Opowieści afrykańskie według SzekspiraCzytaj więcej na http://www.pomponik.pl/zdjecia/zdjecie,iId,473310,iAId,28589?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
spektakl Krzysztofa Warlikowskiego „Opowieści afrykańskie według SzekspiraCzytaj więcej na http://www.pomponik.pl/zdjecia/zdjecie,iId,473310,iAId,28589?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

hipoteza4-celinska

„Hipoteza”, 1973, reż. Krzysztof Zanussi

z rozmowy ze   Remigiuszem Grzelą dla Zwierciadła, sierpień 2013r

o sednie bycia aktorką

„… Biorę w siebie treści trudne, mocne, czasem wulgarne. Pokazuję to przez siebie. Widz może wtedy powiedzieć: to jest Złe, ale ja taki nie jestem, bo pragnę Dobra. Dobrze, że kocham, bo ona nie kocha. Ta „ona”, ta zła na scenie, to jestem ja. Krzysztof kocha ludzi, ma pasję, chce naprawić świat, chce mówić o rzeczach, które bolą, o pewnych mniejszościach, o miłości, o pognębieniach ludzkich. Z kimś takim chcę iść dalej. Szukam prawdy jak górnik, boli mnie, kiedy nie mogę trafić. Ale wierzę w to, że ten genialny komputer mózg, oczywiście przy boskiej pomocy, pozwoli tej Prawdzie któregoś dnia się objawić.

– Jak to diagnozujesz, z reakcji publiczności?

Śpiewałam recital złożony z moich piosenek i wierszy Szymborskiej. Po występie podeszła do mnie kobieta zalana łzami. Powiedziała: „Boże, jak ja pani dziękuję, nie wiem, co się ze mną działo, to wszystko tak było, jakbym to ja robiła. To ja byłam tą dziewczynką z wiersza, która pociąga za obrus”. Oglądałam słynne „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka w roku 1968. Scena była pochylona do przodu. W pewnym momencie Gustaw Holoubek, grający Gustawa-Konrada, odwracał się i zaczynał mówić. Nie robił nic szczególnego. Nie epatował głosem, nie machał rękami, po prostu mówił, a ze mną działo się coś niewyobrażalnego. Przez całe lata zastanawiałam się, co on wtedy ze mną takiego zrobił. Doszłam do tego i jeszcze zdążyłam mu o tym powiedzieć… Otóż on mówił w moim imieniu. To ja byłam na scenie, to ja wadziłam się z Panem Bogiem. Aktorstwo Gustawa Holoubka było doskonałym przykładem na istnienie przezroczyste na scenie.

Stanisława Celińska: Moje ciało, moja prawda | Zwierciadlo.pl

Mirabelka

Patti Smith- buntowniczka z powodami

Patricia Lee „Patti” Smith – amerykańska wokalistka, autorka piosenek i poetka. Zyskała rozgłos swoim debiutanckim albumem Horses. Wniosła do punk rocka feministyczny i intelektualny punkt widzenia… Urodziła się 30. grudnia 1946r w Chicago.

Z wywiadu przeprowadzonego przez Joannę Ozdobińską, Zwierciadło, sierpień 2013r

„…Nie chce mi się siedzieć na krześle i czekać aż ktoś uczesze mi włosy, nie noszę ubrań, do założenia których potrzebne są trzy asystentki, szkoda mi na to czasu…Nie odpowiadają mi sztywne ramy, zobowiązania, zakazy i nakazy. Ilekroć w swoim życiu słyszałam: „musisz wydać tę płytę”, albo: „musisz usunąć przekleństwo z tej piosenki”, moją reakcją był proste: „wcale nie musisz!”….

w odniesieniu do stylu życia i kreacji Amy Winehouse

„Podziwiam wielu artystów, którzy mieli autodestrukcyjne skłonności, ale to nie dlatego, że sama praktykuję „zapadanie w otchłań”. Jestem optymistką, byłam taka, od kiedy pamiętam- zachłystywałam się wszystkim, co do mnie docierało: muzyką, architekturą, podróżami, miłością. Może to ma związek z tym, że byłam potwornie chorowitym dzieckiem? Przechodziłam szkarlatynę, gruźlicę, najróżniejsze rodzaje grypy, mama siedziała przy moim łóżku non stop. Jako nastolatka byłam szczęśliwa, że w ogóle udało mi się przeżyć, głupio byłoby z mojej strony marnować coś, o co moja matka walczyła prawie dwie dekady, troskliwie mnie pielęgnując. Chyba dlatego nie dorobiłam się żadnych nałogów… poza piciem kawy, ale jeśli mogę teraz pić tylko dwie filiżanki kawy dziennie, dokładnie tyle piję… Kocham życie. Jestem wdzięczna losowi za wyobraźnię i umysł, który dostałam. I za dzieci, które urodziłam…”

 

 

Nie zagłębiałam się do tej pory w życie osobiste Patti Smith. Lubiłam po prostu słuchać jej utworów i podobała mi się jako artystka, pod względem kreacji muzycznej. Dziś, po przeczytaniu kilku prawd z jej życia codziennego, zobaczyłam ją w świetle mocniejszym, niż akceptacja. Poczułam więź, podziw i wdzięczność dla tej kobiety, która od tylu lat konsekwentnie wyraża się poprzez twórczość, dzieląc się z nami swoim talentem. Jest dla mnie wciąż nieustającą inspiracją i wsparciem.

Jednocześnie mam do niej żal, że kreowała swój wizerunek  na chmurną i depresyjną, a  wcale taka nie była… Wiele, szczególnie młodych osób mogło się na to nabrać, naśladując ten image… i co się z tym wiąże. To odpowiedzialność artysty za swoich fanów. Z drugiej strony nikt nikogo nie zmusza do ślepego naśladowania swoich idoli, ale wiemy, jaka jest rzeczywistość gdy ma się naście lat.

Mirabelka

Merwin William Stanley- ma 86 lat i duszę hipisa

William Stanley Merwin – /ur.30.09.1927r w N. Yorku /amerykański poeta, dramaturg oraz tłumacz poezji prowansalskiej, francuskiej, katalońskiej, hiszpańskiej i portugalskiej na język angielski. W swojej twórczości literackiej podejmował głównie tematykę egzystencjalną. Wikipedia

Z wywiadu przeprowadzonego przez Remigiusza Grzelę dla „Zwierciadła”/ sierpień 2013r

Na pytanie skąd się bierze pomysł na wiersz, odpowiada, że nie ma pojęcia… ale za chwilę wspaniale opowiada o momencie wykluwania się wiersza.

„-Więc kiedy zaczyna się poezja?

-Ze słyszenia kilku słów. Na początku są dla wiersza zapałką, wiersz rozbłyska na moment. Potem znów się je słyszy, bo wracają. Poświęca się im uwagę, aż pewnego dnia nagle jedno słowo zaczyna rozmawiać z drugim i stopniowo wiersz zaczyna się kształtować.

-Co może zrobić poezja?

-Jeżeli wypływa właśnie z miłości do chwili, to już zrobiła. A sonety Szekspira? Czy na chwilę nas nie zmieniają? Poezja jest o tobie. Mówi ci o tobie samym. Rozpoznajesz sytuacje, uczucia. Coś budzi… Poezja wzięła się we mnie z melodii języka. Miałem 4 lata i nie wiedziałem, skąd się bierze ten język, ale wsłuchiwałem się jak mój ojciec- pastor czytał XVII- wieczne tłumaczenie Biblii. Moja matka czytała wiersze, kochałem dźwięki słów… Uwielbiałem pisać. Chciałem pisać bez końca, żeby zanurzyć się w dźwiękach, które mnie tak pociągały. Kontynuowałem. Pytano mnie kim będę, gdy dorosnę. Odpowiadałem, że albo będę Indianinem, który mieszka w lesie, albo poetą… W jakimś sensie zostałem jednym i drugim…”

Nauka martwego języka

Nie masz co powiedzieć. Najpierw
Naucz się słuchać. Ponieważ jest martwy,
Nie przyjdzie do ciebie sam, ani też ty
Sam go nie opanujesz. Dlatego
Naucz się być cicho, gdy jest przekazywany,
I choćbyś jeszcze nie rozumiał, zapamiętuj.
Co zapamiętasz, ocaleje.
By najdrobniejszą rzecz w pełni zrozumieć,
Musiałbyś zgłębić całą gramatykę, z fleksją
I systemem, z tą absolutną
Szczerością intencji, która go cechuje, bo jest martwy.
Możesz poznawać tylko część po części.
Co masz zapamiętać,
Już przed tobą ocaliła od szarzyzny śmierci
Czyjaś pamięć. Swoistym rysem języka,
Którego mowa umarła, jest ład,
Naruszony tylko tam, gdzie ktoś zapomniał.
Zobaczysz – ten ład pomoże ci pamiętać.
Co pamiętasz, staje się tobą samym.
Ucząc się, będziesz pielęgnować świadomość
Tego nadrzędnego ładu, teraz wolnego od pasji,
Które wnosił język; aż – szukając w sobie –
Może znajdziesz w końcu pasję, z której on sam się począł.
Usłyszysz i ład, i pasję w jego mowie i w sobie.
Co pamiętasz, ocala też ciebie. Pamiętać
Nie znaczy powtarzać, ale słyszeć coś, co nigdy
Nie umilkło. A więc od zmarłych, od ładu i od tego,
Co warto pamiętać o sobie uczysz się,
Jaką można usłyszeć pasję,
Gdy nie masz co powiedzieć.

przełożył Mieczysław Godyń

„-Co jest najważniejsze w życiu?

-Żyć. Po prostu…”

Mirabelka

Franz Ferdinand- dobrze się bawią

Franz Ferdinand – szkocki zespół pochodzący z Glasgow wykonujący indie rock. Jego nazwa pochodzi od nazwiska Franciszka Ferdynanda. Wikipedia

http://www.youtube.com/watch?v=31sZ9xZr_Ew&feature=share&list=RD02xZGcw9HHOkU

Z wywiadu Anny Gacek z liderem Franz Ferdinand- Alexem Kapranos, Zwierciadło 11/2013

„…Grałem wcześniej w wielu zespołach i nic z tego nie wynikało. Nie miałem pieniędzy, ledwo starczało mi na struny do gitary, więc gdy wreszcie zdobyłem i pieniądze i sławę, umiałem to docenić.

Kiedy miałem 27 lat pogodziłem się z tym, że mnie się to nigdy nie przytrafi, że sukces nie jest mi pisany. Postanowiłem wtedy, że nie będę się na nic silił, że będę po prostu pisał piosenki, bo sprawia mi to przyjemność. I grał z ludźmi, z którymi lubię spędzać czas, bo dobrze się wtedy bawię. Okazało się, że przy okazji odkryłem tajemnicę dobrego funkcjonowania zespołu. Może to jest właśnie sekret? Może, żeby odnieść sukces, trzeba się po prostu dobrze bawić?…”

And You?

Mirabelka

 

Rykarda Parasol- żeńska strona Nicka Cave’a

Rykarda Parasol jest jedną z tych artystek, których muzyka zdaje się nie być zwykłą, wyrachowaną artystyczną kreacją, ale osobistym przekazem z głębi duszy. Ta urodzona w San Francisco wokalistka i multiinstrumentalistka o korzeniach polsko-żydowsko (co tłumaczy jej oryginalne nazwisko – to nie pseudonim!) ze swoją twórczością wpisuje się w tradycję mrocznych, nastrojowych, pełnych poetyckości songów i ballad. Wymieniana jest jednym tchem z takimi muzycznymi osobistościami jak Nico, Patti Smith, PJ Harvey, Leonard Cohen, Tom Waits czy Lou Reed. Ze względu na swój głęboki i niski tembr głosu najczęściej porównuje się jej styl śpiewania do Nicka Cave’a, uznając ją nawet za jego żeński odpowiednik…

Piosenki Rykardy cechuje inspirująca i gęsta atmosfera, która przywołuje klimat lat dwudziestych minionego wieku, z ich zadymionymi kabaretami i wystąpieniami dekadenckich poetów. Sama artystka określa swoją twórczość jako rock noir

cd: https://www.nowehoryzonty.pl/artykul.do?id=1646

O pierwszym singlu z albumu „The Cloak of Comedy” Rykarda pisze: ” Poczucie humoru, jakie rozwijamy w sobie w dzieciństwie, pomaga nam unikać emocjonalnego zranienia i sytuacji, w których odczuwamy dyskomfort. Talent do obserwacji absurdów życia może się przejawiać zarówno w piosenkach, jak i w żarcikach opowiadanych na przyjęciu towarzyskim. W dorosłym życiu w dalszym ciągu posiłkuję się piosenką i poczuciem humoru, aby osłodzić sobie gorzkie, trudne do przełknięcia prawdy. Zazwyczaj sprawdza się to jako metoda radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. Co do samej piosenki, powiem tyle, że mierzy się z ukrytymi wątpliwościami, jakie nachodzą nas przed podjęciem decyzji oraz z siłami rządzącymi pewnymi mechanizmami. W tym przypadku jednak spotyka nas więcej bólu niż śmiechu… O ile oczywiście weźmiecie ją na poważnie. Jeśli zechcecie potraktować ją jak żart, pamiętajcie, że to tylko piosenka…”

http://www.polskieradio.pl/9/200/Artykul/831659,Rykarda-Parasol-w-Trojce-Zobacz-i-posluchaj-niezwyklego-koncertu

Dla mnie- to koncert niezwykły, do wielokrotnego odsłuchiwania.

Mirabelka


 

 

 

 

 

 

Czy Tadeusz Tadeusz Mazowiecki słuchał Lou Reeda?

Lou Reed – Hang On To Your Emotions – tekst piosenki, tłumaczenie piosenki, teledysk na Tekstowo.

” Można się różnić, można się spierać. Ale nie wolno się nienawidzić.”-T.M.

Tadeusz Mazowiecki – polski polityk i publicysta. Ostatni premier PRL i pierwszy premier III Rzeczypospolitej; współtwórca i przewodniczący Unii Demokratycznej i Unii Wolności; poseł na Sejm PRL III, IV i V… Urodził się 18.04.1927, zmarł 28. października 2013r

Wikipedia

http://www.dwutygodnik.com/artykul/4835-lou-reed-dlaczego-bede-tesknic.html

„Tadeusz nie miał w sobie nic z ducha krucjaty. To był budowniczy mostów między rozmaitymi obozami politycznymi, ludźmi, także między narodami.  Zmieniał w wielu sprawach zdanie, oczywiście nierzadko się mylił.”- Adam Michnik

nik

Tadeusz Mazowiecki spocznie na małym, leśnym cmentarzu w Laskach

Lou Reed zmarł 27 października 2013 w wyniku powikłań po zabiegu przeszczepu wątroby

Rząd Tadeusza Mazowieckiego działał w skrajnie trudnych warunkach. Musiał przede wszystkim zreformować niewydolną i zmierzającą do katastrofy gospodarkę końca PRL-u. Minister finansów Leszek Balcerowicz wprowadził swój słynny 'plan', który miał zwalczać hiperinflacje. Inne działania miały na celu wprowadzenie gospodarki wolnorynkowej, której Polska nie miała zarówno za czasów PRL, ale i częściowo już pod koniec II RP. Oczywiście reformy były trudne i kosztowne społecznie. Pojawiło się wysokie bezrobocie, które do dziś jest plagą polskiej gospodarki i społeczeństwa. Co prawda bezrobocie musiało wystąpić po wprowadzeniu gospodarki rynkowej, choćby przez to, że w gospodarce PRL-u setki tysięcy osób zatrudnionych było na sztucznie stworzonych stanowiskach, ale winę za nie obarczano rząd, który szybko tracił popularność - miniatura

Stworzyć nowy układ planetarny…

 

…ta wersja muzyki z Lulu, którą zrobiłem z Metalliką jest zatrważająco inspirująca. To być może najlepsza rzecz jaką ktokolwiek, kiedykolwiek zrobił. To mogłoby stworzyć nowy układ planetarny. Nie żartuję i nie jestem egoistyczny.” /Lou Reed/

„On unikał sformułowań, które by dzieliły. Często był bardziej krytyczny wobec rzeczywistości, niż mówił to publicznie.” – Władysław Frasyniuk

Kim był premier pierwszego niekomunistycznego rządu w Polsce Tadeusz Mazowiecki? Młodzi nie wiedzą…

Tadeusz Mazowiecki był darem nieba dla nas”-Władysław Bartoszewski

„Tadeusz Mazowiecki był darem nieba dla nas” – Fakty po Faktach

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/wnuki-tadeusza-mazowieckiego-dziadek-lubi-sie-wygupiac_363093.html

Tadeusz Mazowiecki na Woodstocku [GALERIA ZDJĘĆ] W 2009 roku Tadeusz Mazowiecki był gościem Przystanku Woodstock. Na spotkaniu w Akademii Sztuk Przepięknych, gdzie słuchało go tysiące woodstockowiczów, mówił o historii. – Pamiętać o historii trzeba, ale nie pamiętać z zapiekłą nienawiścią – przekonywał młodych. – Młodzi Niemcy nie są odpowiedzialni za zbrodnie swoich dziadków. Mój stosunek do Niemców określiło jedno zdanie – motto z „Medalionów” Nałkowskiej „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nie napisała „Niemcy Polakom”, ale „ludzie ludziom”.

Obaj zmieniali świat. Jeden poprzez dzielenie się swoją twórczością i talentem muzycznym. Drugi wpływał swoją siłą spokoju na życie polityczne i społeczne, inicjując przełomowe zmiany. Obaj, wciąż są dla mnie inspiracją i oparciem. Stanowią ważny element moich fundamentów.

Od kiedy odeszli, w bliskim do siebie czasie, nie mogę uwolnić się od myśli, czy wiedzieli o sobie nawzajem, może inspirowali się?

Mirabelka